Posted by: andhy on: 07.12.2007
Schizofrenia to jedna z najbardziej wyniszczających chorób na świecie, jednocześnie niezmiernie kosztowna dla społeczeństwa. Niestety, postęp w jej leczeniu jest znacznie wolniejszy niż np. w wymyślaniu nowych sposobów leczenia raka. Pojawił się jednak nowy lek, który może poprawić komfort życia schizofreników.
Sokrates i Joanna d’Arc mieli wizje i słyszeli głosy. Ich życie toczyło się pod dyktando schizofrenii. Ofiarą pewnych jej objawów jest też sir Anthony Hopkins - znany aktor również słyszy głosy. Ale, sądząc po jego rewelacyjnych filmowych kreacjach, nauczył się z tym żyć.
Niestety, zwykły dzień osoby chorej na schizofrenię nie jest ani spektakularny, ani tak bogaty jak biografia Hopkinsa. Odrzucenie przez społeczeństwo, strach i stygmatyzacja, jakie towarzyszą chorym, wykluczają ich często ze społeczeństwa. A przecież ci ludzie nie żyją stale w świecie urojeń, jak wydaje się wielu z nas.
Boję się tego, co się ze mną dzieje
Schizofrenia jest bardzo ciężką, przewlekłą chorobą, która zaburza pracę tego, co dla każdego stanowi istotę jego osobowości - funkcjonowania mózgu. Schizofrenik inaczej myśli i postrzega świat. Największą tragedią w tej chorobie jest zniszczenie więzi z innymi ludźmi i brak akceptacji otoczenia.
Nie do końca wiadomo, co dzieje się w mózgach chorych na schizofrenię. Jakie zmiany - geny (?), środowisko, czynniki kulturowe - powodują, że człowiek nagle, zazwyczaj w wieku około dwudziestu kilku lat, zaczyna mieć halucynacje, urojenia, manie prześladowcze, nie potrafi logicznie ocenić rzeczywistości. To, co udało się ustalić w dobie coraz bardziej nowoczesnych tomografów, to to, że schizofrenia jest chorobą mózgu, który różni się budową i funkcjonowaniem od mózgów osób zdrowych.
Schizofrenia dotyka około 1 proc. ludzi. Oznacza to, że jedna osoba na sto (to naprawdę niemało!), zanim osiągnie 45. rok życia, może wypaść poza nawias społeczny. Aż 10 proc. chorych popełnia samobójstwo.
Ale nie u każdego, kto doświadczy epizodu schizofrenicznego, rozwinie się pełna postać choroby. Jedna czwarta z takich osób nigdy nie zachoruje.
Panuje powszechne przekonanie, że schizofrenicy są niebezpieczni. Agresywni, zaniedbani, mówią coś do siebie. Ale w ogromnej większości osoby chore, które się leczą, nie stanowią najmniejszego zagrożenia dla kogokolwiek, a ich agresja podczas zaostrzeń choroby wynika ze skrajnego lęku i obawy przed tym, co się z nimi dzieje. Urojenia, słyszenie i widzenie rzeczy, których według innych nie ma, apatia, depresja, bezsenność, kłopoty z koncentracją, samobójcze myśli - taki zestaw objawów (oczywiście nie zawsze występują wszystkie) kompletnie dezorganizuje życie chorego.
Kiedy objawy nasilają się, dochodzi do nawrotu choroby. Każdy taki atak jest coraz gorszy i zdarza się coraz częściej, zwiększając ryzyko leczenia szpitalnego. To dlatego schizofrenię trzeba jak najszybciej zacząć leczyć farmakologicznie i z pomocą psychoterapii - daje to większą szansę na opanowanie choroby.
Większość pacjentów ze schizofrenią jest bezrobotna. Choroba jest też bardzo dużym obciążeniem dla rodziny. Przeciętnie na opiekę nad schizofrenikiem jego opiekunowie przeznaczają 15 godzin tygodniowo.
Schizofrenikom, oprócz zmiany nastawienia społecznego, potrzeba nowych leków. Jeden z nich pokazano niedawno na konferencji w Wiedniu zatytułowanej “Nowa możliwość, nowa nadzieja”. To rzeczywiście nowa jakość w leczeniu schizofrenii.
Nie biorę, bo nie chcę być chory
Największy problem w leczeniu schizofrenii polega na tym, że pacjenci masowo porzucają leki, kiedy tylko trochę lepiej się poczują. Dlaczego? Bo nie chcą czuć się chorzy. Branie pigułek do końca życia zniewala i daje poczucie, że jest się innym, że nigdy nie będzie się normalnym. A schizofrenicy chcą, choć na chwilę, zapomnieć o chorobie.
Pacjenci rzucają też leczenie, szczególnie kobiety, bo tyją. To istotny problem, ponieważ nadwaga pociąga za sobą poważne kłopoty zdrowotne, np. miażdżycę czy cukrzycę.
Poza tym schizofrenicy nie przyjmują do wiadomości, że są chorzy albo mają problemy z zapamiętaniem, że mają brać leki. Uważają, że będą po nich na haju czy w euforii i że się od nich uzależnią, co nie jest prawdą.
Kolejny mit to przekonanie, że leki antypsychotyczne kontrolują umysł, że odbierają ludziom ich własną wolę.
Czasami też przyjaciele czy rodzina nie rozumieją, czym jest schizofrenia, i doradzają choremu odstawienie leków, kiedy tylko poczuje się lepiej. I wreszcie ostatni, ale nie najmniej ważny problem - dla niektórych efekty uboczne brania leków są gorsze od samej choroby.
Kiedy pod koniec lat 50. pojawiły się pierwsze leki antypsychotyczne, był to przełom. Wreszcie można było osobom cierpiącym na schizofrenię pomóc, a nie tylko trzymać je w izolacji. Ale leki te miały swoje wady. Chory się po nich źle czuł, był otępiały, zmęczony, miał zaburzenia widzenia i - co najgorsze - drżenia jak przy chorobie Parkinsona. Takie objawy często zdradzały jego chorobę. Mimo że nie były to środki doskonałe, pozwoliły wypuścić setki tysięcy osób ze szpitali.
Z czasem naukowcy zaczęli szukać bardziej wyrafinowanych leków. Te najnowsze wpływają na ilość dwóch neuroprzekaźników w mózgu - dopaminy i serotoniny. Są to substancje, które służą komórkom nerwowym do porozumiewania się między sobą. W przyszłości uczeni prawdopodobnie odkryją, jaką rolę pełnią pozostałe neuroprzekaźniki - w tej chwili trwają prace nad kwasem glutaminowym.
Weź pigułkę!
Na rynek wprowadzono niedawno zupełnie nowy lek, bardziej przyjazny pacjentowi - paliperydon o przedłużonym działaniu. Jego największą zaletą jest nowatorski rodzaj kapsułki, która uwalnia lek na stałym poziomie przez 24 godziny. Poza tym środek, jako jedyny z obecnie stosowanych, nie jest rozkładany w wątrobie. Dzięki temu może być stosowany nawet wtedy, gdy pacjent cierpi na inną chorobę przewlekłą - nie dochodzi w wątrobie do interakcji między lekami.
Paliperydon nie podwyższa też trójglicerydów we krwi (ich zbyt wysoki poziom sprzyja chorobom serca).
Stopniowe uwalnianie leku ma swoje ogromne zalety, przede wszystkim nie powoduje gwałtownych zmian w stężeniu leku we krwi. Normalnie, kiedy łykamy jakąś tabletkę, po dwóch godzinach stężenie zawartych w niej substancji jest najwyższe, a potem stopniowo spada. Jeśli weźmiemy kolejną pigułkę, stężenie znów skacze. W przypadku nowej technologii pacjent ma stały poziom leku we krwi, co, jak pokazują badania, pozwala na lepsze kontrolowanie choroby.
Lek pod nazwą handlową Invega został dopuszczony do obrotu handlowego w Unii Europejskiej. W polskich aptekach będzie go można kupić prawdopodobnie na początku przyszłego roku.
- Schizofrenicy nie są tak aktywni w walce o swoje prawa i zwiększenie nakładów na nowe leki jak np. osoby chore na nowotwory. Są zbyt zagubieni w życiu, żeby angażować się w taką działalność. Dlatego lekarze i media muszą być głosem tych ludzi. Oni sami nie mogą walczyć - podsumował prowadzący konferencję prof. Prakash Masand z Centrum Medycznego Uniwersytetu Duke’a w Durham w USA.
Źródło: Gazeta Wyborcza
1 | aurinko
“Uważają, że będą po nich na haju czy w euforii i że się od nich uzależnią, co nie jest prawdą.” hmmm od kiedy to leki psychotropowe nie uzależniaja? ehh czy oni nie znają faktów? a poza tym mało jest dobrych lekarzy którzy wiedza jakie leki przepisać. Znam osobiści przypadki gdzie lekaż podawał złe leki i stan pacjentów był 20 razy gorszy niż początkowo.
A poza tym uwarzam że choroby psychiczne są do wyleczenia bez pomocy środków psychotropowych. Wystarczy miłość. Ale nie mówię tu o takiej miłości powszechnie uwarzanej za mołość.
pzdr
4 | andhy
![]()
Skoro już kolega się zjawił dodam:
Przekonanie o cudownym wpływie wiary na tę chorobę także jest bezpodstawne.