THX 1138

Czarna godzina

Posted by: andhy on: 30.01.2008

Z braku pieniędzy od czterech lat rządowa agencja wyprzedawała rezerwy żywności zgromadzone na wypadek klęsk. I wyprzedała je niemal do zera.

Zapasami żywności i innych strategicznych produktów (leków, paliw) zarządza Agencja Rezerw Materiałowych podlegająca ministrowi gospodarki. Abyśmy mieli co jeść w przypadku powodzi czy innych klęsk, ARM skupuje pszenicę i półtusze wieprzowe, rozmieszcza w różnych rejonach kraju (na ogół w prywatnych magazynach i chłodniach), płaci co miesiąc za przechowywanie i co jakiś czas wymienia. ARM pomaga też rolnikom - po powodziach w latach 1997 i 2001 błyskawicznie rozdała im za każdym razem 200 tys. ton ziarna pszenicy na ponowne obsianie pól.

Ale jeśli tej wiosny rzeki znowu wyleją i zniszczą uprawy, rolnicy na pomoc Agencji nie mają co liczyć - jej magazyny są puste. Od czterech lat ARM systematycznie wyprzedaje rezerwy żywości, by zdobyć pieniądze na swoje utrzymanie i przechowywanie pozostałych zapasów - leków i paliw. Do 2004 r. w budżecie na potrzeby Agencji wpisywano ok. 200 mln zł rocznie. Od czterech lat ARM nie dostaje jednak pieniędzy od państwa.

Mięsa nie ma, a zboże wystarczy na jeden dzień

Wielkość rezerw i ich rozmieszczenie są tajne, ale “Gazeta” dowiedziała się, że Agencja doszła do ściany - mięsa nie ma już w ogóle, a zapasy zboża wystarczą najwyżej na jeden dzień! Jeszcze za rządów Jerzego Buzka mieliśmy rezerw żywności na miesiąc, a jego rząd zakładał, że w 2010 r. zapasy wystarczą na dwa miesiące.

Co prawda, na ten rok w budżecie przewidziano 150 mln zł dotacji dla ARM, ale są to pieniądze na zwiększenie rezerw paliw. Od 2004 r. wielkość naszych rezerw paliwowych regulują przepisy unijne - musimy mieć rezerwy na co najmniej 90 dni (część zapasów zapewniają dystrybutorzy paliw, a część rząd). A ponieważ w zeszłym roku zużyliśmy o 20 proc. więcej paliw niż w 2006 r., trzeba zwiększyć też rezerwy. I na to jest ta dotacja.

“Zjadamy własny ogon”

Za to wielkość rezerw żywności to sprawa każdego kraju. USA mają rezerwy zboża i mięsa dla obywateli na pół roku, a Niemcy na trzy-cztery miesiące. Dlatego Agencja, która po 2004 r. musiała zwiększyć zapasy paliw, nie mając na to pieniędzy, zrobiła to kosztem rezerw żywności. - Zjadamy własny ogon. W zeszłym roku sprzedaliśmy żywność za 800 mln zł, by za te pieniądze dokupić paliwa - powiedział nam anonimowo pracownik ARM.

Agencja pozbywa się części zapasów, bo nie może podreperować budżetu działalnością komercyjną - nie zgadzają się na to kolejni ministrowie gospodarki. ARM nie może więc zarabiać na różnicy cen, sprzedając zapasy, kiedy mięso czy zboża drożeją, i odkupując je w cenowym dołku.

“Jeśli zapasów nie ma, to zostało złamane prawo”

Janusz Steinhoff, wicepremier i minister gospodarki w rządzie Buzka, nie rozumie, jak mogło dojść do wyprzedania rezerw. - Nie utrzymuje się ich przecież dla przyjemności, są koniecznością, naszym zabezpieczeniem na wypadek klęski. Nie tylko dla służb mundurowych, ale ludności cywilnej. Przecież państwo samo nałożyło na siebie obciążenie utrzymywania tych zapasów, to jest zapisane w rozporządzeniu Rady Ministrów. Musi więc ponosić tego koszty. Jeśli zapasów nie ma, to znaczy, że zostało złamane prawo - dodaje Steinhoff.

Józef Aleszczyk, prezes ARM powołany jeszcze za rządu Buzka, na pytanie, czy potrzebne są nam rezerwy, odpowiada: - Co zrobimy, jeśli w kraju wybuchnie pryszczyca i trzeba będzie wybić świnie? A co zrobimy, gdy przyjdzie powódź albo susza? Kupno i sprowadzenie zza granicy zboża zajmuje co najmniej miesiąc. Ale teraz może potrwać nawet dłużej, bo na świecie zboże jest bardzo drogie i jest go mało - mówi Aleszczyk. I dodaje, że kraj jest bezpieczny, kiedy rezerw wystarcza przynajmniej na 30 dni.

A na ile dni wystarczy ich teraz? - pytamy. - To tajemnica państwowa.

Wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak, któremu podlega ARM, nie odpowiedział na żadne pytanie “Gazety” dotyczące zapasów żywności.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Comment Form

Archiwum