Stenogram

Ostatnio prowadziłam na blogu blog.protestanci.org dyskusję krótką a pobieżną o naturze diabła. To przypomniało mi zakurzony tekst, który postanowiłam tutaj przepisać, w myśl zasady, iż może przydać się jeszcze komuś:

Stenogram z metafizycznej konferencji prasowej Demona w Warszawie dnia 20 grudnia 1963

Przestaliście we mnie wierzyć, oczywiście, wiem o tym. Wiem o tym, a rzecz mi jest obojętna. Wierzycie we mnie czy nie wierzycie, to nie moja sprawa, to wasza sprawa i tylko wasza. Rozumiecie, panowie? Jest mi to obojętne bezgranicznie, najzupełniej, albo, jeśli zaciekawi czasem, to tak tylko, jak umysł badacza bywa pociągnięty przez jakieś curiosa przyrody. Umysł, powiadam, bo we wszystkim, co czynię, we wszystkim, czego doświadczam, rzecz jest bez znaczenia, bez najmniejszego znaczenia. Nie drażni to mojej próżności, że odmawiacie mi istnienia, albowiem nie ma we mnie próżności, nie chcę przecie wydać się wam lepszym, niż jestem, ani nawet takim jakim jestem, bo chcę być czym jestem i więcej nic. Wasza niewiara nie narusza żadnego z moich pragnień, bo wszystkie moje pragnienia są spełnione. Nie zależy mi na tym, by moje istnienie było uznane, zależy mi na tym, by dzieło niszczenia nie osłabło. Wiara albo niewiara w mój byt nie wpływa na rozmiar mojej surowej pracy.

Czasem zastanawiają mnie przyczyny tej niewiary, ot, tak, zwyczajnie, sprawa zatrzymuje na chwilę mój wzrok, przyglądam się waszemu żałosnemu sceptycyzmowi, jak wy się przyglądacie pająkowi łażącemu po ścianie. Zastanawia mnie łatwość, z jaką porzuciliście swoją wiarę, zastanawia mnie tez, że kiedy niewiara posuwa się naprzód, ja pierwszy zawsze padam ofiarą. „Padam ofiarą” – to się tak mówi, żeby coś gładko wyrazić, naprawdę nie jestem żadną ofiarą i nie padam, oczywiście, nie padam. Ale niewiara zaczyna się ode mnie. Najłatwiej porzucić diabla. Potem przychodzą anioły, potem Trójca, potem Bóg. Jak gdyby diabeł był najwrażliwszą cząstką waszej wyobraźni, najświeższą i najmniej utrwaloną zdobyczą, najmłodszą tkanką wiary waszej, a może po prostu jej warstewką wstydliwą, niemiłą, trudną do wspominania, niechętnie pamiętaną. Ależ widzę, że ci, co wierzą, gorliwie wierzą, z zapałem, z furią czasem, i ci nawet diabła w swojej wierze pomijają, przestali o nim mówić, niepewnie wzrok odwracają, gdy ich zagadnąć, milczą, nie wiedzą sami, czy porzucili go całkiem, czy może jakaś jedna komórka ich duszy doświadcza jego obecności, a jeśli i doświadcza, to coraz słabiej, komórka wygasa powoli, obumiera, kurczy się, stygnie, diabeł opada w niepamięć. Niech i tak będzie.
Odwiedzam nieraz kościoły, słucham kazań, uważnie słucham, bez uśmiechu, spokojnie. Rzadko, coraz rzadziej się zdarza, by kaznodzieja jaki, choćby ubogi proboszcz wiejski, pamiętał o mnie na kazalnicy. Ani na kazalnicy, ani w konfesjonale, ani gdzie indziej. I cóż powiecie? Wstydzi się! Tak, wstydzi się najzwyczajniej. Ciemniak, powiedzą, prostak, w bajki wierzy, nie nadąża za duchem czasu, który przecie kościoła nie może ominąć. Nie może? Tak, powiadają teologowie, podąża Kościół za duchem czasu, wyprzedza nieraz, śmiało idzie, nowości się nie boi – ale, dodają, tylko w formie swojej, tylko w języku, tylko w szacie zewnętrznej, ale nie w rdzeniu mistycznym, nie w wierze, nie w czci boskiej. Jakże to, panowie teologowie? A cóż ze mną, jeśli tak wolno się upomnieć, chociaż, jak powiadam, rzecz sama w sobie jest mi zgoła obojętna. Gdzież więc miejsce upadłego anioła? Czyżbym należał tylko do języka, do nieważnej formy zdobniczej, którą z niedzieli na poniedziałek jak krawat można zmienić? Jestże szatan jeno figurą retoryczną, loąuendi modus, facon de parter? Jestże sposobem pobudzania niemrawej wyobraźni wiernych, który w każdej chwili można czym innym zastąpić? Czy tez, panowie, jest on rzeczywistością pełną, niezaprzeczalną, w tradycji uznaną, w Piśmie ujawnioną, przez Kościół od dwóch tysiącleci opisaną, dotykalną, dojmującą, realną? Czemuż to unikacie mnie, panowie? Boicie się szyderstw niedowiarków, boicie się, że was w kabaretach wydrwią? Od kiedyż to wiara lęka się prześmiewek pogan i heretyków? Na jakąż drogę wchodzicie? Jeśli od fundamentów wiary odstępować będziecie z bojaźni szyderstwa, na czym skończycie? Jeśli diabeł dzisiaj, Bóg niechybnie jutro padnie ofiarą waszej trwogi. Panowie, daliście się opętać bałwanowi nowoczesności, która boi się spraw ostatecznych i zataja przed wami samą ich możliwość. Nie dla swojego pożytku mówię o tym – cóż mnie! – mówię do was i dla was, jakby zapominając na chwilę o własnym powołaniu, a nawet o powinności własnej krzewienia błędu. Nie ja jeden to mówię. Znajdzie się jeszcze tu i ówdzie mnich jaki albo kapłan, co wielkim głosem w rozpaczy upomina się o prawa diabła, do wiary przywołuje, upadek Kościoła piętnuje, przypomina najświętszą tradycję. Ale któż go słucha? Ale ileż ich jest, tych głosów na pustyni wołających? Ogłuchły Kościół, na wyścigi ze swoim czasem biegnący, chce być nowoczesny, postępowy, higieniczny, funkcjonalny, sprawny, wyćwiczony, dziarski, zmotoryzowany, zradiofonizowany, naukowy, czysty, energiczny. Gdybyż mi zależało prawdziwie na waszych losach, panowie, o jakżebym umiał pokazać wam waszą nędzę, wasze politowania godne zmagania, by sprostać czasom, które i tak o tysiąc mil naprzód zawsze was wyprzedzą. Sport, telewizja, ekran filmowy, banki, prasa, wybory, urbanizacja, przemysł – i wy chcecie owładnąć tym światem? Cóż mówię – owładnąć! – wy chcecie mu się przypodobać? W tym to świecie chcecie być nowocześni, zerwać z bajkami”, kroczyć na czele ludzkości wchłaniającej pył atomowy w płuca już poczerniałe od papierosów i spalin? Czegóż się wyrzec musicie, żeby w tym świecie zdobyć uznanie? Diabła? Po prostu diabła? I wydaje się wam, że na tym się skończy ustępstwo? Panowie! Przestaliście się bać niewiary, przestaliście się bać herezji, nie trwoży was diabeł, a więc Bóg was nie trwoży, jednego się tylko boicie – by was kto zacofańcami nie nazwał, nie zelżył średniowieczem, nie wyśmiał pogardliwie waszej nie-nowoczesności, nie dowiódł, żeście niehigieniczni, nienowocześni, nie-wysportowani, nienaukowi, niebogaci, nieuprzemysłowieni. Tego, tego jednego się boicie, na odparcie tego jednego zarzutu szykujecie gorączkowo swoje drukarnie, swoje banki, swoje partie polityczne, swoje corbusierowskie kaplice, swoje abstrakcyjne witraże. Oczywiście, nie ja tracę na waszym upadku. Upadajcie, proszę, nie ja padam z wami, to wy padacie. W marnej nadziei, że zdołacie pochlebstwem i nadskakiwaniem zwabić niedowiarków, sami już gotowiście całe ich niedowiarstwo przyjąć, zaprzeć się wszystkiego, czym żyliście dotąd, i w głupocie swojej mniemacie, że przechowaliście wiarę nieodmienną w treści i nadali jej tylko „kształt” nowoczesny. A diabeł pierwszy pada na ołtarzu, zawsze pierwszy.
Rzecz to uwagi godna, ale i śmiechu, że tylko z ust bezbożników słyszę czasami swoje imię, które bez zażenowania wszakże wypowiadają, bo nie przyznają się do tradycji, która z imieniem tym wiąże realność jaką. Wśród kukieł jarmarcznych jeszcze „diabełek” na śmiech dzieci bywa pokazywany, a jeśli w teatrze, jeśli w książce, to ani chybi bezbożniczej. Ale w kościele, ale na kazalnicy? Stare obrazy ze świątyń wynoszą, żeby diabłem nie straszyć. „Nowoczesne wychowanie”, powiadają, tego wymaga. Z wszystkimi, panowie, zawarliście pakt, byle kroku dotrzymać swoim szydercom, z wszystkim się godzicie oprócz jednej wiary waszej, oprócz tradycji. Szczątki zostawiliście z diabła, przekleństwo bez treści, zabawkę jasełkową albo wstydliwą smugę porzuconego mitu, której najprędzej trzeba się pozbyć, męczący ślad dawno minionego czasu, grat pradziadka w nowoczesnym mieszkaniu – higienicznym i funkcjonalnym. Nazywacie się chrześcijanami? Chrześcijanami bez diabła? Niechaj będzie, nie moja sprawa, nie moja sprawa.
Wolą już waszą niewiarę, panowie bezbożnicy, nie ma w niej udawania, me ma wstydu ani skrępowania. Nie stawiacie sobie pytań o diabła, nie staracie się go pozbyć, bo nie macie się czego pozbywać. Przynajmniej tak wam się zdaje. Zostawiliście sobie diabła do naukowych rozpraw, opisaliście go, jak trzeba, w waszej historii, w waszej socjologii, w psychologii albo religioznawstwie, albo psychoanalizie, albo w powieści, albo w dramacie o czarownicach. Załatwiliście sprawę, nieprawdaż? Załatwiliście sprawę? Co? Załatwiliście sprawę? Wydaje się wam, że skończyliście porachunki ze „światem chtonicznym”; jednej rzeczy przynajmniej nauczyliście się od chrześcijan: ustawicznego potępiania tego, co się kiedyś zwało „herezją manichejską”. Wysuszył wam mózgi chrześcijański optymizm, głowy macie teraz sterylne jak wata operacyjna. Zło nie jest realnością, powiadacie, zło jest nieszczęściem, przypadłością świata, czymś, co się przydarza, oczywiście, ale przydarza się po prostu, jak przydarzają się czasem dwugłowe cielęta, nie ma w tym musu żadnego, dalsza regulacja życia przywróci mu jego spontaniczną harmonię, zło się zwalcza codziennie i można zwalczać nieograniczenie. Słowo „zło” pasuje tylko do pojedynczych przypadków, dlatego nosi w waszej mowie odcień patetyczny, eksplozywny, naładowane jest waszą troską, waszym pragnieniem, zadumą, ufnością w przyszłość.
Ale to nieprawda, panowie. Słowo „zło” nie zawiera w sobie nic patetycznego, żadnej grozy ani wzniosłości, jest rzeczowe i oschłe, wskazuje dokładnie na rzecz, o którą chodzi, zwyczajnie, tak samo, jak słowo „kamień” i słowo „chmura”; jest dopasowane ściśle do przedmiotu, trafia w swoją realność nieomylnie, jest precyzyjne, bez polotu. Zło jest rzeczą, zwyczajnie, jak rzecz.
Nie, wy o tym nie chcecie wiedzieć. W obliczu wszystkich spustoszeń, do końca świata będziecie sobie powtarzać z maniackim uporem: tak jest, tak się stało, po prostu tak się stało, a może się stać inaczej; zło jest zdarzeniem, zachodzi przypadkiem tu i ówdzie, a gdy mu się sprzeciwić z dostateczną energią — nie zachodzi. Koniec świata zastanie was pogrążonych w pewności, że koniec świata jest przypadkiem. Nie wierzycie w diabła.
Na widok niepotrzebnego nikomu okrucieństwa, na widok bezradosnego niszczenia bez celu — nie przychodzi wam diabeł na myśl. Macie wszystkie tłumaczenia i pod ręką tyle nazw, ile trzeba do załatwienia każdej wersji problemu. Macie swojego Freuda, żeby mówić o popędzie agresywnym i o instynkcie śmierci, macie swojego Jaspersa, żeby wam opowiadał o pasji nocy, w której człowiek usiłuje gwałtem jakby wydrzeć bóstwu jego sekrety, macie swojego Nietzschego. macie swoich psychologów od „woli mocy”. Potraficie rzecz zataić słowami pod pozorem jej odsłonięcia.
Ale czy potraficie to zatajenie wasze ostatecznym uczynić? Przeszukajcie uważnie sumienia, wy chrześcijanie, myślę, i wy, bezbożnicy, podkopcie nieco tę wystrzyżoną trawkę waszej mowy uczonej, waszej metafizyki i waszej psychologii, odgarnijcie ziemię, wróćcie do siebie, przywróćcie na chwilę słowu jego pierwotny cel, jego surowy i nie-patetyczny ruch, zatrzymajcie się w dosłowności utraconej. Postarajcie się skupić bodaj na moment przed widokiem najbardziej codziennym, powszednim, a zniekształconym w waszych oczach przez krzywe szkiełko mowy filozoficznej. To wystarczy. Zobaczycie mnie. Zobaczycie mnie bez zdumienia i wyda się wam, że znaliście mnie zawsze, na przekór waszym doktrynom, ukaże się wam twarz znajoma, spowszedniała, a przecież po raz pierwszy prawdziwie widziana. Obejmie was swojski i chłodny podmuch siły, o której nie chcecie pamiętać, chociaż na dnie waszego mózgu zagłuszona metafizycznym jazgotem, spychana w nicość i zadeptana, tli się przecież niezniszczalna o niej wiedza.
Siła niszczycielska, która niczego innego nie pragnie oprócz samego niszczenia. Spotykacie ją wszędzie i doświadczacie codziennie jej obecności — w waszych porażkach i błędach, w okrucieństwie i śmierci, w osamotnieniach i w niespełnionym pragnieniu. Spotykacie ją twarzą w twarz, najbardziej obecną – nie tam, gdzie jest niszczycielstwo rozumne, gdzie okrucieństwo i zło są tylko narzędziem, ale tam właśnie, gdzie same dla siebie są celem.
Kiedy zło ma rację – kiedy powstaje z żądzy miłosnej, z lęku, z pragnienia bogactw, z pychy, z próżności nawet czy z zemsty – mój udział w nim jest niewielki. Zło jest usprawiedliwione, racjonalne, chce tylko osiągnąć cel, po który sięgnięto by bez niego, gdyby beż niego był osiągalny. Sama namiętność, sama żądza czy strach nie od diabła pochodzą, a zło, które służy ich zaspokojeniu, służy tylko jako narzędzie konieczne.
Tam dopiero w pełni objawia się szatan, gdzie niszczenie nie ma poza sobą innego celu, okrucieństwo dla okrucieństwa się spełnia, upokorzenie dla upokorzenia, śmierć dla śmierci, cierpienie bez celu – albo gdzie cel jest tylko wtórnie przybraną maską racjonalizującą głód niszczycielski. Tam dopiero, choćby w nieznacznej porażce bytu, objawia się wam lodowata przemoc, której nie potraficie do niczego sprowadzić, niczym wytłumaczyć, niczym usprawiedliwić. Ona jest, bo jest, bo jest rzeczą jak rzecz. To wam dostrzec najtrudniej. Wszelkiemu złu, które ma racje, możecie jego racje odbierać, możecie świat inaczej urządzać. Ale zła, które samo dla siebie jest racją jako zło właśnie – tego zła nie potraficie pozbawić żywotności. Daremnie je sprowadzać do przejawu tej lub owej siły, która „sama w sobie” miałaby być nieszkodliwa czy dobra, czy ku dobru dająca się pokierować, czy też byłaby zwichnięciem przypadkowym, odchyleniem, aberracją, monstrualnością — niekorzystnym przejawem racjonalnego urządzenia w niewłaściwych warunkach działającego. Diabeł nie podlega reformie. Diabeł nie może być wyjaśniony, jest dany razem z istnieniem waszym, jest rzeczą, jest tym, który jest. Może się to wydać dziwaczne, że w świecie, z którego tak uporczywie usiłujecie wyłowić (że nie powiem: narzucić mu) porządek utajony w amalgamacie przypadkowych wydarzeń, zło objawia się wam nadal jako rodzaj faktu albo nieregularności — a w każdym fakcie nieodmiennie nieregularność jest zawarta — że odmawiacie mu natury rzeczowej i koniecznej, a wobec tego, miast włączyć go w swój wizerunek ziemskich realności, odnosicie się do niego z konkretnością estetów. Zapewne zresztą nie jest to dziwne, macie powody do owej maskarady, która uwalnia was od demona i sprawia tym samym, że wasza energia praktyczna nie znajduje zahamowań, jakie musiałoby jej narzucić przekonanie o pewnych fundamentalnych granicach jej skuteczności. W ten sposób wiedza wasza o świecie i nadzieja na możliwości zastosowania owej wiedzy w naprawie świata mogą posuwać się naprzód pan passu, w upartym urojeniu, które pozwala wam zło traktować jako malejące szczeliny faktu wewnątrz esencjalnie przez dobro porządkowanego świata.
Ale dość o tym. Postanowiłem, że nie będę zapuszczać się w obszary metafizyczne, gdzie i tak żadną miarą nie zdołam przezwyciężyć waszych chimerycznych przesądów; tymczasem to i owo niepotrzebnie mi się wymknęło. Kończę zatem i oczekuję pytań, podkreślając jeszcze, że wbrew powszechnemu mniemaniu diabeł nie dysponuje w żadnym stopniu zmysłem humoru; nie ma on także inteligencji, jeśli przez inteligencję rozumieć stopniowalną umiejętność sprawnego wyławiania ze świata i porządkowania pewnych jego jakości aktualnie interesujących – jasne jest bowiem, że nie jest mi potrzebne porządkowanie czegokolwiek i że nie mogę mieć jakości dających się stopniować, podobnie jak kamień nie może być mniej albo bardziej kamienny.
Powtórzę pytanie pierwsze: skoro demon należy do natury bytu, czy historię upadku aniołów uznać należy za legendę i sądzić raczej, że rzekomy anioł upadły jest w rzeczywistości współ-odwiecznym rywalem Boga?
Odpowiadam natychmiast: nie. Historia upadku aniołów jest bezwzględnie autentyczna, z czego jednak nie należy wnosić, że zło ma charakter faktu i nie jest strukturalną własnością bytu. Wystarczyłoby, aby to sobie uprzytomnić, zwrócić uwagę na absolutną nieodwracalność owego faktu – nie w tym znaczeniu, w jakim każdy fakt zaszły jest nieodwracalny, ale w tym, że fakt ów, skoro raz zaszedł, wprowadził nową i nieodmienną strukturę świata, wewnątrz której zło stanowi czynnik integralny i konstytutywny. Gdyby jednak na tym poprzestać, należałoby sadzić że zło wprawdzie jest obecne w świecie w sposób strukturalny, ale samo pochodzenie jego jest czysto faktyczne i przypadkowe. Atoli tak nie jest. ów fakt upadku, oglądany z perspektywy późniejszej, nie może być niczym innym, jak dokonaną w czasie manifestacją czy aktualizacją pewnej potencji bytu bezwzględnie trwałej i odwiecznej, chociaż przez czas jakiś, być może, utajonej dla niektórych. Mówiąc „niektórych” nie mam na myśli, rzecz jasna, Boga, dla którego sprawa musiała być jasna od początku.
Przechodzę do pytania drugiego: czy jako składnik strukturalny bytu demon akceptuje swoją pozycję w porządku świata?
Łatwo mi odpowiedzieć na to pytanie, nie jestem wszakże pewien, czy sens mojej odpowiedzi potraficie równie łatwo uchwycić. Albowiem do natury koniecznej demona należy jednocześnie i w sposób równie stanowczy, równie bezwzględny – akceptacja swojego miejsca i sprzeciw wobec niego. Demon pragnie zła, a więc niszczycielską swoją pracę pragnie prowadzić nadal, nie chce odmiany swego umiejscowienia w ładzie albo bezładzie świata, a raczej swojego umiejscowienia jako negacji ładu wewnątrz ładu. Tym samym godzi się być, czym jest. Jednocześnie, właśnie dlatego, że jest tym, czym jest, jest zaprzeczeniem tegoż porządku, który wyznacza mu miejsce jako swojemu negatywnemu składnikowi. Żyjąc z negacji ładu, żyje tym samym z tegoż ładu, któremu przeczy, a który, ze swej strony, jest współokreślony w swoim istnieniu przez obecność owej siły negatywnej, jaką jest demon. Świat, w którym dzieło demona dokonałoby się w sposób ostateczny, byłby światem bez demona, a więc byłby demona zaprzeczeniem, jednakże demon nie może również istnieć inaczej, jak w ruchu, którego orientacyjnym motywem jest spełnienie niszczycielskiego dzieła w sposób ostateczny. Ponieważ tedy sam głód destrukcyjny tworzy demona, zaspokajanie owego głodu wymaga obecności niszczonego ładu, wymaga tedy pewnego zrównoważenia obu form bytu składających się na świat; otóż mc nie jest mi równie nienawistne, jak zrównoważenie. Trzeba zatem uznać, że demon nie jest podmiotem głodnym destrukcji, ale samym głodem, albowiem podmiot głodny może osiągnąć zaspokojenie, ale dla samego głodu zaspokojenie podmiotu oznacza wygaśnięcie. W tym sensie istotnie demon uwiesił swoją obecność na pewnej szali, której nadaje stan równowagi w stosunku do innej, dążąc zarazem do naruszenia tej równowagi w niemożliwym i sprzecznym pragnieniu pozostania sobą po zniszczeniu swego antagonisty. Tak należy rozumieć sławny zwrot Goethego – ein Teil von jener Kraft etc. — który wskazuje na nieuchronną sprzeczność zawartą w samej egzystencji demona, nie zaś, jak tłumaczą płascy katecheci, na to, że z boskiego zarządzenia jakoby dzieła demona tak czy inaczej obracają się w przeciwieństwo jego zamiaru, to jest budują miast niszczyć. Jednakże tę samą sprzeczność, dodam, można wykryć w Bogu, jeśli potraktować go jako byt, który jest współpierwotny wobec demona, nie zaś jako stwórcę absolutnego; przy uznaniu tej współpierwotności jest wszystko jedno, czy potraktujemy demona jako negację ładu, czy raczej ład jako negację demona, albo negację negacji, a wtedy sprzeczność, o której mówiłem, staje się automatycznie sprzecznością Boga. Jednakże rozumiem pewne obiekcje przeciwko takiej interpretacji i nie będę się wdawał w tę sprawę, której rozważenie bliższe zmusiłoby mnie do szczegółowego namysłu nad samą naturą twórczości boskiej i nad jej negatywnym w istocie charakterem.
Przechodzę tedy do pytania trzeciego, które jest zresztą tylko fragmentem poprzedniego: czy jest to nieodwołalnie pewne, że demon nie może być zbawiony?
Zdaje mi się, że rozumiem intencję pytającego. Postępowanie Boga wobec upadłych aniołów może w istocie wydać się rażąco niesprawiedliwe, skoro przyrównać je do jego postępowania wobec ludzi. Anioły bowiem — co zresztą jest faktem nigdy nie budzącym wątpliwości wśród angelologów – uznać należy za twory doskonalsze od człowieka, już choćby z uwagi na zasadniczą nieobecność substancji zniszczalnych w ich budowie; rzecz jest ewidentna. Dlaczegóż tedy Bóg zbawił ludzi kosztem cierpień i śmierci własnego syna, a nie uczynił tego samego w stosunku do upadłych aniołów, które właśnie tak znacznie przewyższają ludzi doskonałością i zasługują – jak mniemać należy – o wiele bardziej na wyciągniętą rękę? Powiem od razu, że przyczyną nie może być większy ciężar wykroczenia aniołów, albowiem w obu wypadkach grzech polegał na nieposłuszeństwie, które z punktu widzenia Boga jest zawsze tak samo grzeszne, bez względu na okoliczności i na rozmiar skutków, i zawsze tak samo wobec niego obelżywe. Corruptio optimi pessima? To tylko porzekadło, które nie ma mocy argumentacyjnej i które zresztą, gdyby było prawdziwe, nie mogłoby nic wytłumaczyć, skoro, powtarzam, nieposłuszeństwo jako grzech nie podlega stopniowaniu i zawsze, co więcej, jest tak samo winą nieskończoną. A więc? Odpowiedź może być tylko jedna: Bóg nie zbawił demona, ponieważ nie byt w stanie tego uczynić. Jakoż rzeczą jest oczywistą, skoro pomyśli się nad naturą boską, że Bóg musi pragnąć zbawienia demonów, to znaczy zniszczenia ich jako demonów po prostu. Jeśli pragnienie jego jest bezskuteczne i jałowe to dlatego właśnie, że upadek aniołów nie był faktem, nie był przypadkiem, ale ujawnieniem się koniecznej struktury świata, jego skutki tedy są nieodwracalne, bo założone w naturze bytu. Niemożliwość zbawienia demonów jest najsilniejszym argumentem na rzecz wspomnianej tezy, która interpretuje upadek aniołów jako aktualizację pewnej jakości bytu niezbywalnej i wobec Boga współodwiecznej. Myślę – argumentem, który z waszego punktu widzenia może mieć wartość.
Słyszę, w związku z tym, pytanie czwarte: czy wobec tego należy sądzić, że fundamentalna struktura bytu nie jest rezultatem swobodnej decyzji Boga, ale że on sam uwikłany jest w pewien układ niezależny od jego woli?
Odpowiem: tak, tak właśnie należy przypuszczać.
Pytanie piąte: Byłyżby tedy nieprawdziwe nasze katechizmy, które pouczają, że Bóg jest stwórcą ostatecznym?
Odpowiadam: nie widzę potrzeby rewidowania waszych katechizmów. Są prawdziwe przy pewnej interpretacji, mianowicie przy założeniu, że twórczość Boga obejmuje całość świata zjawiskowego pozytywnego, a więc ogół poszczególnych jestestw od niego różnych. Co do samego Bytu, który nie jest tożsamy z tym ogółem jestestw poszczególnych i wykracza poza przeciwieństwo dobra i zła, katechizmy wasze nie wypowiadają się wyraźnie, w moim przekonaniu. Nie widzę jednak potrzeby wprowadzania do nich zastrzeżeń ograniczających, ponieważ kwestia Bytu jako takiego nie powinna w ogóle wchodzić w skład waszych zainteresowań, jako że wykracza poza świat zjawiskowy — jedyny obszar pytań nadających się do dobrego sformułowania w waszych językach. Porażki Parmenidesa, Hegla i Heideggera są pod tym względem pouczające.
Pytanie szóste: Czy jednak sprawa ta dla samego demona jest jasna, jeśli nawet nie może byś jasna dla ludzi, czy więc współobecność ekwipolentna ładu i jego negacji, jeśli zakłada Byt, który oba te składniki przekracza i oba wyprzedza, czy więc współobecność ta jest w swojej relatywności dla demona uchwytna? Innymi słowy: czy i do jakiego stopnia Byt nie-relatywny jest demonowi dostępny?
Odpowiem: jest dostępny tylko jako intelektualna nieuchronność, mniej więcej jako idea w sensie kaniowskim, jako realność czysto graniczna pozytywnego wysiłku umysłowego. Pozytywne jej ogarnięcie nie jest dla demona możliwe – podobnie, przypuszczam, jak dla Boga. Demon wie bardzo wiele, nie jest jednak wszechwiedzący; i to znacie z go. Wolałbym, aby nie zadawano mi więcej pytań w tej sprawie.
Pytanie siódme uważam za dziecinne, jednak odpowiem zwięźle. Brzmi ono tak: czy demon może cuda czynić?
Pytanie to uprzytomniło mi, jak źle jesteście, panowie zorientowani w sposobach działania demona. Demon działa poprzez zachowania ludzkie, a nie zaskakujące efekty przyrodnicze, monstrualności czy sztuczki. Takie rzeczy są okazją do zabawy, ale demon nie jest zabawny. Może on, oczywiście, jak hipotetyczny demon Descartes’a stworzyć iluzoryczną oczywistość i nierealnym w istocie faktom nadać ciężar realności niewątpliwej, może też, jak hipotetyczny demon Maxwella, zrealizować efektywnie pewien stan najoczywiściej nierealny, bo niesłychanie mało prawdopodobny. Może to uczynić o tyle, o ile celem tego działania jest błąd, porażka rozumu. Jednakże błąd powstały przez akceptację oczywistości jawnej nie jest zgodny z naczelną orientacją mojej pracy; błąd taki nie zawstydza bowiem nikogo i również wtedy, gdy zostanie uznany za błąd, akceptuje się nadal jego naturalny i nieuchronny niejako charakter. Nikt wszakże nie wyśmiewa pokoleń przed-kopernikowskich z tej racji, iż wierzyły w nieruchomość ziemi, ich spontaniczna i naturalna wiara jest raczej dla was tylko tłem, na którym dopiero rysuje się w pełnej glorii geniusz Kopernika. Jeśli błąd jest celem demona, to błąd hańbiący, błąd nikczemny, błąd, którego się wstydzić trzeba, innymi słowy, błąd — uważajcie dobrze — zawiniony przez ludzi, a przynajmniej taki, iż ludzie zmuszeni są uznać, że przez nich jest zawiniony i że zaznacza ich piętnem wstydu. Czarodziejskie sztuczki lub łudzenie mylącymi oczywistościami nie należą do środków istotnych w pracy demona. Jest to, powiedziałem już, praca oschła i bez polotu, bez składników ludycznych, bez humoru i bez tego, co ludzi zaciekawia. Niszczycielstwo demona ogamia obszary, za które ludzie są odpowiedzialni, zło tedy, które sprawia, musi ludzi hańbą smagać, aby osiągnęło swój cel. Z jednym wyjątkiem. Tym wyjątkiem jest śmierć — nie poszczególny fakt śmierci, ale generalny fakt jej nieuchronności.
I wreszcie pytanie ósme: Skoro, jak wyszło na jaw, demon nie jest wszechwiedzący, czy możebne jest, by sam błąd popełnił, a wobec tego, by na przykład okazało się prawdą coś, co przez niego się wkrada do świata jako błąd hańbiący?
Odpowiadam: nie jest to możebne, bo mądrość demona jest na tyle wielka, iż zna doskonale własne granice, odmawia tedy prawomocności pytaniom, które poza te granice wykraczają. Tym również różni się diabeł od ludzi.
Zadano mi teraz pytanie dziewiąte: jednakże znać doskonale granice, to już je poznaniem przekroczyć, dotknąć granicy, to dotknąć tego, co się poza granicą znajduje. A jeśli wiedza demona ma naprawdę granice, to nie jest możliwe, by byt on wolny od błędu w stawianiu pytań, a więc i w odpowiedziach. Tym samym nie można uznać żadnych z jego oznajmień za autorytatywne, w szczególności również oznajmienia co do jego własnego istnienia.
Odpowiadam, że nie jest to żadne pytanie, ale śmieszna próba dyskusji. Demon nie wdaje się jednak w dysputy z ludźmi. Jego istnienie nie wymaga racji ani dowodu, ponieważ nie ma natury faktu. Jeżeli ludzie interpretują jego istnienie inaczej, jeśli na przykład przypisują mu czysto kazuistyczny charakter, jest to tylko jedna z wielu postaci ich błędu. Powiedziałem już jednak, że najmniej mi może zależeć na tym, aby wierzono w moje istnienie. Już przed paroma wiekami zauważyli teologowie, że wspólników diabła najłatwiej po tym poznać, iż przeczą istnieniu diabła. Jest ziarno prawdy w tym powiedzeniu, nieco przesadnym. W istocie bowiem, wracając do początku mojego oświadczenia, niewiara wasza nie tylko nie hamuje mojej pracy, ale sprzyja jej raczej, należy, jako błąd hańbiący, do efektów owego upadku, w jaki stacza się tradycja, odzierana powoli z resztek spustoszonego majestatu. Widok ten niesie dobrą nowinę, dobrą nowinę demona. Również dlatego wydaje mi się korzystne, aby treść tego, co powiedziałem, a także sam fakt mojej deklaracji dzisiejszej zatarły się bezpowrotnie w waszej pamięci, aby tedy za zmyślenie i majak senny poczytane zostało to wszystko, czego świadkami byliście, panowie, przed chwilą i co oto razem z tą chwilą opada w niepamięć ostateczną.

Tekst za: Rozmowy z diabłem, Leszek Kołakowski, PIW, Warszawa 1965

Otagowane , , , , , ,

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.