Zawieźli go do Szpital Praskiego na badania, które by to potwierdziły. Choć spędził tam pięć godzin i skarżył się na bóle głowy, żaden lekarz się nim nie zainteresował.
Środa, godz. 14. Grzegorz Wojciechowski wraca samochodem Włodarzewską do domu. Zatrzymują go policjanci – zauważyli, że jedzie zygzakiem. Są przekonani, że pił. Każą mu chuchnąć, ale od pana Grzegorza nie czuć alkoholu. Mężczyzna skarży się za to, że źle się czuje. Policjanci to ignorują. Wiozą go do komendy przy Opaczewskiej. Tam zapada decyzja – zatrzymany będzie przewieziony do Szpitala Praskiego i przebadany na obecność narkotyków w organizmie.
W szpitalu żaden lekarz nie bada pana Grzegorza, choć dalej skarży się na złe samopoczucie. Przez kilka godzin siedział w asyście policjantów w korytarzu i czeka na wyniki badań toksykologicznych.
Wtedy przyjeżdża tam jego brat. Razem pracują. Gdy pan Grzegorz rozmawiał z policjantami, miał włączoną komórkę – wymianę zdań słychać było w ich wspólnej firmie. – Jak tylko go zobaczyłem, wiedziałem, że jest niedobrze. Miał niedowład lewej części ciała, wykrzywioną twarz, mówił bardzo niewyraźnie – relacjonuje Michał Wojciechowski.
Dzwoni do żony pana Grzegorza. Jest godz. 16.30, właśnie wychodzi z pracy. – Od razu pojechałam do szpitala. Siedzieli na korytarzu. Grzesiek przysypiał, ślina mu leciała z ust, słabo kontaktował. Skarżył się, że boli go głowa. Policjanci stali obok – opowiada.
Pani Danuta biegnie do rejestracji. Prosi lekarza o pomoc. – Zapewniałam, że nie jest narkomanem – mówi. – Usłyszałam, że mam czekać na wyniki.